Schowaj/Wysuń odtwarzacz Youtube
zamknij okno i wyłącz film     odtwórz dowolny film z YT
Na forum są teraz:
Google [Bot]
7a92f41da713884710fcf7abe80b4323
LIVE-STREAM FN 31 marca 2019 godz. 21.00 "Projekt KONTAKT - 'Tajemnica Pieczęci'"
7a92f41da713884710fcf7abe80b4323
Strona 1 z 1 [ Posty: 7 ] Utwórz nowy wątek   Odpowiedz w wątku

Pokaż pierwszy nieprzeczytany post

Drukuj
Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość
Diabelski rdzeń - czyli o broni atomowej i śrubokręcie Napisane: środa, 12 paź 2016, 21:20
szczyglis
Avatar użytkownika
reputacja mistrzowska
OFICER TECHNICZNY
Ostatnio widziany(a):
sobota, 27 kwi 2019, 06:40
 
   
+1
Jako, iż zaciekawił kilka osób, to zapodaję kolejną ciekawą historyjkę z tamtych czasów - a mianowicie "jak tego nie robić". Poniżej ciekawa opowiastka potwierdzająca, że jednak zasady BHP czasem się przydają, szczególnie, gdy testuje się rdzeń z plutonu za pomocą...śrubokręta.

Jednemu wyślizgnął się z ręki kawałek metalu, drugi za bardzo poruszył śrubokrętem. Przez swoje błędy obaj zostali silnie napromieniowani i zmarli w męczarniach.

Pierwszy wypadek miał miejsce dokładnie 71 lat temu, 21 sierpnia 1945 r., jeszcze podczas II wojny światowej. Rdzeń był testowany przed wysłaniem go na Pacyfik w celu zrzucenia na Japonię w kolejnej bombie jądrowej, gdyby dwie pierwsze nie wystarczyły do wymuszenia kapitulacji.



Ponieważ Japończycy się poddali, metalowa kula zawierająca pluton pozostała w centrum atomowym Los Alamos i służyła do kolejnych testów. Zaplanowano wykorzystanie jej podczas serii próbnych eksplozji na atolu Bikini, ale ponownie doszło do wypadku. W maju 1946 r. rdzeń zabił drugiego naukowca i poważnie napromieniował kilku innych. Po tym incydencie zyskał miano "diabelskiego". Więcej nie został użyty, skierowano go do przetopienia.

Bezpieczeństwo na drugim planie
Obu wypadków łatwo można było uniknąć. Oba były efektami skrajnie nierozważnego obchodzenia się ze śmiertelnie groźnymi materiałami jądrowymi. Enrico Fermi, jedna z kluczowych postaci amerykańskiego programu jądrowego, ostrzegał zabitego w drugim wypadku dr. Louisa Slotina, że jeśli on i jego koledzy w Los Alamos będą postępować tak jak do tej pory, to "będą martwi w ciągu roku". Jego przepowiednia częściowo się spełniła. Zmarło dwóch z nich.

W atmosferze wojennego pośpiechu kwestie bezpieczeństwa były jednak drugoplanowe. Najważniejsze było tempo prac, bo bomby musiały być gotowe jak najszybciej. Nie było rozbudowanych procedur i standardów bezpieczeństwa, a w tajnym centrum badawczym Los Alamos, ukrytym w górach stanu Nowy Meksyk, naukowcy wytwarzali elementy bomb w warunkach rzemieślniczych. Gołymi rękami manipulowali rdzeniami bomb i tonami zwykłych materiałów wybuchowych służących do inicjacji eksplozji jądrowej.

Biorąc pod uwagę takie warunki, tylko umiejętnościom naukowców i szczęściu można przypisać to, że w wypadkach zginęło "jedynie" dwóch ludzi. - Z dzisiejszej perspektywy możemy powiedzieć, że z całą pewnością były to ryzykowne zachowania. Delikatnie rzecz ujmując - mówi w rozmowie z tvn24.pl prof. dr hab. Ludwik Dobrzyński z Narodowego Centrum Badań Jądrowych. Zaznacza przy tym, że takie eksperymenty były konieczne do zdobycia cennej wiedzy o tym jak przebiegają reakcje w materiałach rozszczepialnych.

Naukowiec zastrzega, że można to było robić rozważniej i bezpieczniej, ale z różnych powodów działo się inaczej. - Wówczas dawka dopuszczalna była bardzo duża. Zakładano, że póki na skórze nie wystąpił rumień popromienny, to jest dobrze. Dzisiaj dopuszczalna dawka dla osób pracujących z materiałami radioaktywnymi jest kilkadziesiąt razy mniejsza.

Bezcenna kula metalu
"Diabelski rdzeń" był trzecim w ogóle wyprodukowanym. Pierwszy został zużyty do próbnej eksplozji jądrowej na pustyni Nowego Meksyku. Drugi stanowił centralną część bomby Fat Man zrzuconej na Nagasaki. Z wyglądu była to niepozorna metalowa kula o średnicy 9 cm, ważąca 6,2 kg. Swój srebrzysty połysk zawdzięczała domieszce galu, pierwiastka stabilizującego i ułatwiającego obchodzenie się z głównym składnikiem rdzenia – plutonem. Dokładnie izotopem plutonu Pu-239, który okazał się najlepiej nadawać do zastosowania wojskowego.

W 1945 r. ponad 6 kg plutonu było bezcenne dla wojskowych i naukowców. Do jego produkcji wybudowano olbrzymie zakłady w Hanford w stanie Waszyngton, gdzie uruchomiono pierwszy duży reaktor jądrowy na świecie. Trudziły się przy nim tysiące ludzi, aby z każdego uranowego pręta paliwowego ważącego kilkadziesiąt kilogramów wydobywać gramy Pu-239.

Uformowany w kulę owoc wielu tygodni pracy reaktora dostarczono do Los Alamos na przełomie lipca i sierpnia. Naukowcy szybko się nim zajęli, badając jego czystość i precyzyjnie obrabiając, aby był idealny i umieszczony w bombie nie zawiódł. Nadali mu imię Rufus.

Jedna cegiełka za dużo
21 sierpnia 1945 r. rdzeniem zajmował się samotnie młody fizyk, 24-letni Harry Daghlian. Był jednym z setek świeżo upieczonych absolwentów wydziałów fizyki, którzy w 1944 r. masowo byli angażowani do Programu Manhattan. Jego dyrektor naukowy Robert Oppenheimer był przekonany, że młodzi naukowcy z otwartymi umysłami będą najlepiej się nadawać do zupełnie pionierskich prac nad bronią jądrową. Pochodzący z rodziny armeńskich imigrantów Daghlian nie zdążył nawet na dobre zacząć pracy doktorskiej, gdy pod koniec 1944 r. zjawił się w Los Alamos i dołączył do grupy naukowców zajmujących się badaniem zjawiska masy krytycznej.

24-latek zajmował się Rufusem właśnie w celu precyzyjnego ustalenia, kiedy osiągnie on masę krytyczną i rozpocznie się w nim reakcja łańcuchowa. Była to wiedza niezbędna do idealnego skomponowania bomby tak, aby wybuchła. Układał wokół rdzenia cegiełki z węglika wolframu, które odbijały do jego wnętrza wylatujące na zewnątrz wolne neutrony, zwiększając częstotliwość rozbić atomów. Po dołożeniu każdej kolejnej zwiększała się intensywność reakcji w rdzeniu. Naukowcy nazywali takie eksperymenty "drażnieniem smoka".

W końcu w ręku została mu ostatnia cegiełka. Leżący na drewnianym stole laboratoryjnym rdzeń był bliski masy krytycznej. W jego wnętrzu prawie rozpoczęła się reakcja łańcuchowa. Pochylony nad swoją układanką Daghlian zaczął zbliżać do rdzenia rękę z kawałkiem metalu. Kiedy był on już o kilka centymetrów od swojego miejsca, naukowiec dostrzegł, że według urządzeń pomiarowych rdzeń praktycznie osiągnął masę krytyczną. Zdał sobie sprawę, że jeśli położy cegiełkę na swoim miejscu, rozpocznie się reakcja łańcuchowa. Postanowił więc cofnąć rękę i zakończyć eksperyment.


Rekonstrukcja wypadku z udziałem Daghliana. Naukowiec obkładał rdzeń kolejnymi metalowymi cegiełkami. To ostatnia, przykrywająca rdzeń, wyślizgnęła mu się z ręki

21 sierpnia był jednak gorący, Daghlian zmęczony. Jego ręka się spociła. Zanim się zorientował, ważąca pół kilograma wolframowa cegiełka wyślizgnęła mu się z niej i ciężko opadła na rdzeń. Rufus osiągnął masę krytyczną i w ciągu milisekundy rozpoczęła się w nimi reakcja łańcuchowa. Daghlian nie powiedział, czy coś poczuł albo zobaczył, ale dobrze wiedział, co się stało. Uderzyła w niego fala silnego promieniowania emitowanego przez rdzeń. Jego sytuację można by porównać do znalezienia się we wnętrzu działającego reaktora jądrowego.

Pierwsza ofiara Rufusa
W panice Daghlian próbował podnieść upuszczoną cegiełkę, ale bezskutecznie. Szybko strącił na stół te leżące wokół niej i zakończył reakcję łańcuchową. W ciągu kilku sekund przyjął jednak dużą dawkę promieniowania. Nie wiadomo, jak dużą, bo ówczesne metody pomiaru były słabo rozwinięte. Później oszacowano, że musiało to być około 5 siwertów (Sv), podczas gdy wystarczy jeden, aby wystąpiły objawy choroby popromiennej. Po kilku dniach ciało Daghliana zaczęło się rozpadać. Dłoń, w której trzymał ostatnią cegiełkę i która była najbliżej rdzenia, szybko zamieniła się w jedną wielką ranę. Skóra odchodziła płatami. Ostatecznie naukowiec zapadł w śpiączkę, a większość jego organów przestała działać. Zmarł po 25 dniach.


Dłoń Daghliana, która znalazła się najbliżej aktywnego rdzenia. Po tygodniu zaczęłą się zamieniać w jedną wielką ranę

Ofiarą wypadku prawdopodobnie stał się też siedzący kilka metrów od Daghliana strażnik, szeregowy Robert Hamerly. Mężczyzna otrzymał znacznie mniejszą dawkę promieniowania, ale i tak groźną. 33 lata po incydencie, w wieku 62 lat, zmarł z powodu ostrej białaczki szpikowej, do której rozwoju mogło się przyczynić zdarzenie z 1945 r.

Po wypadku rdzeń trzeba było zostawić w spokoju na kilka tygodni, do czasu wygaśnięcia promieniowania. Jeszcze zanim zmarł Daghlian, Japonia poddała się i wojenny pośpiech stracił rację bytu. Jednak Rufus szybko wrócił na stół laboratoryjny, nastał bowiem pośpiech zimnowojenny. Amerykanie chcieli mieć jak najwięcej, jak najszybciej i jak najlepiej przetestowanych bomb. Rufus został przeznaczony do pierwszej próbnej eksplozji na atolu Bikini w ramach operacji Crossroads, czyli testu tego, jak flota radzi sobie w starciu z bronią jądrową.


Życie na śrubokręcie
W maju 1946 r. trwały przygotowania. Ponownie "drażniono smoka", znów Rufusa. Tym razem głównym aktorem był dr Slotin, specjalista od ryzykownych prób, znany z bardzo swobodnego podejścia do bezpieczeństwa. 35-letni Kanadyjczyk wpadł w oko Oppenheimerowi w Chicago, gdzie na miejscowym uniwersytecie prowadził jedne z pierwsze badań radiologicznych.


Slotin (w ciemnych okularach) przy wstępnie złożonym ładunku Gadżet, który został użyty podczas pierwszej próbnej eksplozji atomowej. Naukowiec był uznawany za największego specjalistę od delikatnych manipulacji przy elementach bomb

Od grudnia 1944 r. Slotin pracował już w Los Alamos, gdzie szybko został reputację głównego specjalisty od "drażnienia smoków" i bardzo delikatnego oraz ryzykownego zadania w postaci składania oraz uzbrajania bomb. To on zarządzał składaniem ładunku Gadżet, który został użyty do pierwszej próbnej eksplozji jądrowej. Wykazywał się przy tym skrajną brawurą. Zdarzyło mu się zanurkować w radioaktywnej wodzie chłodzącej reaktor w Hanford, aby naprawić instrument pomiarowy. Nie chciał czekać doby na wyłączenie urządzenia. Nie wiadomo, jaką przyjął dawkę promieniowania, bo nie zabrał ze sobą kliszy służącej do pomiaru.

Wiosną 1946 r. zdecydował, że chce wracać do życia cywilnego naukowca. Najpierw musiał jednak przekazać całą swoją wiedzę następcom. 21 maja miał demonstrować "drażnienie smoka" przy pomocy rdzenia Rufus. Eksperyment zmieniono od śmierci Daghliana i zamiast układać cegiełki dookoła niego, rdzeń zamykano w dwóch półsferach z berylu. Górna połowa powinna być opuszczana bardzo powoli przez wyjmowanie wkładek oddzielających ją od dolnej. Im półsfery były bliżej siebie, tym bliższy masy krytycznej był otulony przez nie rdzeń.

Smok się odgryzł
Powolne i ostrożne manipulowanie górną półsferą nie było jednak w stylu Slotina. Po prostu trzymał ją w ręku, a odpowiedni odstęp od dolnej zapewniał zwykłym śrubokrętem, który pomiędzy nie wsuwał. Feralnego dnia opuściło go jednak szczęście, które dotychczas towarzyszyło mu w jego poczynaniach. Kiedy nachylał się nad Rufusem, który znajdował się na krawędzi masy krytycznej, i demonstrował coś pięciu innym naukowcom stojącym w promieniu 2 m, śrubokręt wyślizgnął się spod górnej półsfery, która opadła na dolną. Rufus natychmiast przekroczył masę krytyczną i rozpoczęła się niekontrolowana reakcja łańcuchowa.


Rekonstrukcja wypadku z udziałem Slotina. Śrubokręt służył do utrzymywania górnej półsfery w bezpiecznej odległości od dolnej. Oficjalna procedura nie przewidywała takiego rozwiązania.

Slotin później zdołał opisać, że poczuł mrowienie w całym ciele i kwaśny posmak w ustach. Inni naukowcy mówili o błękitnej poświacie bijącej od rdzenia. Wszystko trwało może sekundę. Slotin odruchowo zabrał rękę, w której trzymał górną półsferę i odrzucił ją na podłogę. Reakcja łańcuchowa ustała, ale dla niego było już za późno. W ciągu kilku kolejnych minut, zamiast oddalić się od ciągle promieniującego rdzenia, demontował eksperyment i starał się zbadać skalę promieniowania. W tym czasie dostał prawdopodobnie kilka kolejnych śmiertelnych dawek. Stwierdzono później, że już wtedy prawdopodobnie był oszołomiony i nie myślał logicznie.

Slotin po kilkudziesięciu minutach zaczął wymiotować i mieć zawroty głowy. On też zaczął się dosłownie rozpadać. Lekarze opisywali to jako "trójwymiarowe ciężkie poparzenia". Skóra odpadała płatami, a całe ciało pokryły ropiejące rany. Organy kolejno obumierały. Dziewiątego dnia po wypadku Slotin zmarł. Szacuje się, że otrzymał dawkę promieniowania pięć razy wyższą niż Daghlian. Trzech innych naukowców stojących w momencie incydentu najbliżej Slotina również ucierpiało i zmarło przedwcześnie w wyniku powikłań po chorobie popromiennej, choć dopiero po kilkunastu latach.

Po drugim wypadku rdzeń Rufus zyskał miano "diabelskiego". Ze względu na ciągle emitowane promieniowanie nie zdążono go użyć podczas operacji Crossroads. Został przetopiony, a zawarty w nim pluton trafił do seryjnie produkowanych bomb jądrowych. Nigdy więcej nie próbowano już "drażnić smoka". Opracowano maszyny do zdalnego testowania masy krytycznej rdzeni. Następnym razem naukowcy znajdowali się już 300 m od przeprowadzanego eksperymentu, a robienie wszystkiego zdalnie stało się nowym standardem w pracach przy materiałach radioaktywnych.

źródło: http://www.tvn24.pl/magazyn-tvn24/zgine ... ka,59,1275



"Diabelski rdzeń" zebrał krwawe żniwo

Ludzkość weszła w erę atomową nieprzygotowana. Nie tylko dlatego, że jedynie nieliczni zdawali sobie sprawę z tego ile energii drzemie w pojedynczym atomie. Nawet ci, którzy pracowali przy projekcie Manhattan nie mieli odpowiednich narzędzi by zamienić wyliczenia teoretyczne na atomową rzeczywistość. Musieli eksperymentować. A eksperymenty oznaczają ofiary, czasem śmiertelne. Wśród amerykańskich naukowców tego czasu chyba największe żniwo zebrała jedna sfera wykonana z plutonu, nazwana później „Diabelskim rdzeniem”.

W maju 1946 roku wiadomo już było dokładnie jak destrukcyjna może być broń atomowa. Od ataków na Hiroszimę i Nagasaki mijało właśnie dziewięć miesięcy. Kiedy Louis Slotin rozpoczynał swój eksperyment, mijało również dziewięć miesięcy od wypadku, w wyniku którego zginął fizyk Harry Daghlian. 21 sierpnia 1945 roku eksperymentował on na rdzeniu, który miał zostać użyty do budowy bomby Fat Man II – trzeciej bomby, która miała spaść na Japonię.



Rekonstrukcja wypadku z udziałem Daghliana. Naukowiec obkładał rdzeń kolejnymi metalowymi cegiełkami. To ostatnia, przykrywająca rdzeń, wyślizgnęła mu się z ręki

Japonia poddała się jednak Amerykanom, więc plutonowa kula o wadze 6,2 kilograma pozostała w Los Alamos a Daghlian mógł przeprowadzić swój eksperyment, który miał doprowadzić do określenia masy krytycznej Pu-239. 21 maja próbował on ręcznie zbudować z węglika wolframu reflektor neutronów, dzięki któremu część neutronów miała trafiać do źródła promieniowania. Jeśli zna się dokładnie właściwości materiału, z którym się pracuje można, dzięki zastosowaniu takiego reflektora, zmniejszyć masę krytyczną materiału rozszczepialnego. Można też przypadkiem doprowadzić do zapoczątkowania reakcji łańcuchowej.

Kiedy Daghlian ręcznie ustawiał swoje cegiełki, licznik neutronów zaalarmował go, że po dodaniu kolejnej, rdzeń osiągnie masę krytyczną. Daghlian cofnął więc rękę, ale przypadkiem upuścił węglik wolframu prosto na rdzeń z plutonu.

Wzrost promieniowania spowodował, że pomieszczenie natychmiast wypełniło się błękitną poświatą zjonizowanego powietrza. Daghlian wpadł w panikę i bezskutecznie próbował rozrzucić kopniakiem budowaną przez siebie konstrukcję. Chwilę później zrobił to ręką, jednak dla niego było już za późno. Zmarł na chorobę popromienną 25 dni później.


Rekonstrukcja wypadku z udziałem Slotina. Śrubokręt służył do utrzymywania górnej półsfery w bezpiecznej odległości od dolnej. Oficjalna procedura nie przewidywała takiego rozwiązania.

21 maja Louis Slotin stał ze śrubokrętem nad rdzeniem, który kilka miesięcy temu zabił jego kolegę. Wraz ze swoim zastępcą, Alvinem Gravesem, późniejszym dyrektorem amerykańskiego programu atomowego, prowadzili oni eksperymenty dotyczące tego samego zagadnienia, które Daghlian przypłacił życiem. Slotin nie używał jednak jako reflektora neutronów cegieł z węglika wolframu ale półsfer z berylu. Była to część badań nad projektami nowych bomb a wiedza na temat tego w jaki sposób osiągnąć masę krytyczną przy pomocy reflektora, mogła zaowocować znacznym uproszczeniem konstrukcji broni.

Śrubokręt nie znalazł się przypadkowo w dłoni Slotina. Wyjątkowo niebezpieczne eksperymenty Slotina, nazywane przez zaangażowanych w nie naukowców „ciągnięciem smoka za ogon”, wymagały bowiem użycia tego niezwykle zaawansowanego narzędzia. Uranowy rdzeń umieszczano w dolnej części berylowej półsfery a drugą półsferę nakładano na górę. Gdyby obie berylowe półsfery zetknęły się, stworzyłyby reflektor neutronów, który doprowadziłby do zapoczątkowania reakcji łańcuchowej. Jedyną rzeczą, która je od siebie oddzielała był właśnie płaski śrubokręt w dłoni Slotina.



Slotin przeprowadzał to doświadczenie już wielokrotnie, często w kowbojskim kapeluszu i, pomimo ostrzeżeń Fermiego, przed tłumem gapiów. Tym razem w pokoju znajdowało się jeszcze siedmiu naukowców, którzy mieli prowadzić pomiary aktywności rdzenia. Jednak podczas opuszczania górnej połowy reflektora ręka Slotina drgnęła, śrubokręt przesunął się a reflektor spadł na rdzeń, który w efekcie osiągnął masę krytyczną. Doszło do gwałtownej reakcji łańcuchowej i emisji dużej dawki promieniowania, której większość pochłonął pochylony nad rdzeniem Slotin. Laboratorium wypełniło się błękitną poświatą. Naukowiec natychmiast chwycił ręką połowę reflektora i odrzucił ją na bok przerywając reakcję łańcuchową. Chwilę po zdarzeniu Slotin skarżył się na kwaśny smak w ustach oraz piekący ból w lewej ręce. Po opuszczeniu pomieszczenia zaczął gwałtownie wymiotować, i, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji pożegnał się z kolegami. Zmarł w szpitalu 9 dni później.

Sam „Diabelski rdzeń” został użyty do budowy bomby Gilda, którą zdetonowano 1 lipca 1946 roku na atolu Bikini podczas serii testów broni jądrowej.

źródła:
http://tech.wp.pl/kat,130034,title,Diab ... &_ticrsn=3
http://next.gazeta.pl/internet/1,104530 ... rdzen.html



70 lat temu, 21 maja 1946 doszło do incydentu, który nieomal zakończył się katastrofą nuklearną. Gdyby nie szybka reakcja Louisa Slotina, fizyka-inżyniera, być może cały program atomowy Stanów Zjednoczonych wyparowałby wraz z życiem naukowców, którzy przy nim pracowali.

Zespół pracujący nad bombą atomową, kierowany przez Roberta Oppenheimera złożony był z najwybitniejszych fizyków. Jednak praca nad niezwykle kosztownym i niebezpiecznym przedsięwzięciem nie mogła opierać się wyłącznie na ich obliczeniach. Niezbędne były testy praktyczne, które mógł poprowadzić tylko geniusz o sprawnych rękach. Ktoś taki jak Slotin.
Żeby wywołać reakcję łańcuchową, która doprowadziłaby do wybuchu, należało zbliżyć do siebie dwie półkule plutonu pokryte berylem: gdyby znajdowały się za daleko od siebie nie doszłoby do reakcji, gdyby znalazły się za blisko – byłaby ona niekontrolowana. Naukowcy obliczyli, że optymalna jest odległość 3-4 milimetrów, ale żeby potwierdzić tę hipotezę potrzebne były sprawne ręce Slotina. Naukowiec sprawdzał, na jaką odległość można zbliżyć do siebie dwie śmiercionośne półkule umieszczone w skomplikowanym urządzeniu. Jego pracę nazywano "szarpaniem tygrysa za ogon".

W dniu feralnego wypadku w osłoniętym ołowiem laboratorium znajdowało się osiem osób. Prowadzono rutynowe (o ile można powiedzieć tak o "szarpaniu tygrysa za ogon") testy. Tym razem jednak Louis Slotin popełnił błąd: nie umieścił dwóch zabezpieczeń w mechanizmie zbliżającym do siebie półkule śmiercionośnego materiału. By zatrzymać niekontrolowane zmniejszanie odległości między dwoma elementami rdzenia, Slotin w akcie desperacji użył śrubokręta, który wetknął między półkule. Sytuacja wydawała się opanowana, jednak dłoń naukowca – ta sama pewna dłoń, która igrała z tą wielką mocą tyle razy – zadrżała. Półkule znalazły się zbyt blisko siebie. Zjonizowane przez gwałtowny wzrost promieniowania powietrze zaświeciło na niebiesko. Louis Slotin odrzucił jedną z półkul gołą ręką i własnym ciałem zakrył promieniotwórczy materiał. Uratował w ten sposób nie tylko życie siedmiu pozostałych naukowców, ale także wszystkich przebywających w bazie w Los Alamos i prawdopodobnie cały program atomowy USA. Swój czyn przypłacił jednak życiem. Zmarł po 9 dniach spalony żywcem przez chorobę popromienną.

Slotin pochodził z rodziny kanadyjskich Żydów. Jego ojciec uciekł z Rosji. Louis nie miał zamiaru iść w jego ślady i zostać hodowcą bydła. Od najmłodszych lat przejawiał zainteresowanie nauką, które zawiodło go wprost na Uniwersytet Manitoba w Kanadzie, a następnie na Uniwersytet Londyński, gdzie uzyskał doktorat z chemii fizycznej.

To wówczas unaocznił się jego niezwykły talent inżynieryjny i duże zdolności manualne. Właśnie te cechy zadecydowały, że Louis Slotin został zaangażowany do jednego z najbardziej brzemiennych w skutkach przedsięwzięć II wojny światowej – Projektu Manhattan, którego celem było zbudowanie bomby atomowej.

Jak niebezpieczna była to praca, Louis Slotin przekonał się 21 sierpnia 1945 (czyli miesiąc po pierwszej i jedynej próbie eksplozji bomby jądrowej i dwa tygodnie po zrzuceniu bomb na Hiroszimę i Nagasaki), kiedy przez nieostrożność zginął jego dwudziestoczteroletni zastępca Harry Daghlian. Niszczycielska moc stworzonej przez zespół Oppenheimera bomby i doświadczenie śmierci oraz cierpienia asystenta z powodu choroby popromiennej spowodowały, że fizyk-inżynier postanowił wycofać się z projektu zaraz po wyszkoleniu następcy. Ten sam rdzeń, który zabił Daghliana, był użyty przez Slotina w ostatnim, feralnym teście. Później te dwie półkule plutonu nazwano "diabelskim rdzeniem".

źródło:
http://www.polskieradio.pl/39/247/Artyk ... go-rdzenia



Bohater opowieści (jeszcze przed napromieniowaniem):

https://pl.wikipedia.org/wiki/Louis_Slotin

A tutaj rekonstrukcja wypadku z filmu "Fat Man & Little Boy" ("Projekt Manhattan") (1989).
Pechowca zagrał John Cusack:




http://www.filmweb.pl/film/Projekt+Manh ... 989-123766

Tak więc pamiętajcie - gdy kiedyś będziecie konstruować bombę atomową, to nie używajcie do tego śrubokrętu i pamiętajcie o zasadach BHP.


„Bądź dobrej myśli, bo po co być złej.“ Stanisław Lem
Re: Diabelski rdzeń - czyli o broni atomowej i śrubokręcie Napisane: czwartek, 13 paź 2016, 00:41
neo
Avatar użytkownika
reputacja mistrzowska
Na Nibiru
Ostatnio widziany(a):
piątek, 15 cze 2018, 16:32
 
   
0
dorzuce tradycyjnie cegiełke w temacie konstrukcji bomby atomowej... ogólnie czesto powstaje pytanie "Czy jest możliwe zbudowanie bomby atomowej w piwnicy?"... tu jest dobry artykuł który wyjaśnia na czym polegają trudności

http://atom.edu.pl/index.php/bezpieczen ... racja.html

podsumowując do produkcji bomby potrzebny jest pluton-239 o zawartosci min 93% izotopu tego pierwiastka - taki pluton powstaje wyłącznie w specjalnych reaktorach np typu https://pl.wikipedia.org/wiki/Reaktor_pr%C4%99dki

Dlatego tez warto zdawać sobie sprawe że wszelkie filmy akcji typu napadamy na elektrownie jądrową albo na konwój z wypalonymi prętami itp to sci-fi dla gimbazy :lol:
Re: Diabelski rdzeń - czyli o broni atomowej i śrubokręcie Napisane: czwartek, 13 paź 2016, 22:46
szczyglis
Avatar użytkownika
reputacja mistrzowska
OFICER TECHNICZNY
Ostatnio widziany(a):
sobota, 27 kwi 2019, 06:40
 
   
0

„Bądź dobrej myśli, bo po co być złej.“ Stanisław Lem
Re: Diabelski rdzeń - czyli o broni atomowej i śrubokręcie Napisane: piątek, 14 paź 2016, 10:32
neo
Avatar użytkownika
reputacja mistrzowska
Na Nibiru
Ostatnio widziany(a):
piątek, 15 cze 2018, 16:32
 
   
0
z dwóch rzeczy nie wiem co jest gorsze i trudniejsze - otrzymanie U235 na drodze separacji ( wirówki, potem dyfuzja gazowa ) czy Pt239 na drodze reakcji jądrowej w reaktorze i separacji chemicznej.
Teraz tak - jeśli prześledzisz historie budowy bomb atomowych przez tzw. państwa bandyckie ( a szczególnie chodzi mi takie jedno małe na bliskim wschodzie :) ) to wszyscy wybrali opcje nr 2.
Opcja nr 2 polega na zdobyciu uranu ( można np komuś zaje...ać - patrz operacja plumbat ), wzbogaceniu do ok 80% U235 ( wirówki, separatory kolumnowe dyfuzyjne ) i uruchomienia reaktora powielającego ( potrzebny jest reaktor ) produkującego potrzebny pluton. Wydzielenie plutonu z naświetlonych prętów to już pikuś w porównaniu do reszty procesów - bo wykorzystuje sie poprostu fakt ze jest to pierwiastek i jego związki, sole mają inne własciwosci fizykochemiczne ( gł. rozpuszczalnosc w roztworach )

Bomba z U235 była użyta tylko raz własnie w Hiroszimie - to była jedyna w historiii bomba z rdzeniem z uranu pierwsza i ostatnia - nikt inny nigdy żadne państwo, organizacja etc nie zrobiło takiej bomby... pierwsza radziecka bomba to była kopia gadgeta/fatmana - czyli bomba implozyjna - plutonowa.... do końca niewiem czemu tak jest - mniej jest informacji o tym, mówi sie dużo o niestabilności takiego ładunku ( predetonacja ), słabej wydajności, znacznie wiekszej masie i ilosci mat. rozszczepialnego ( ok 50kg U235 wobec ok 6-7kg Pt239 ).

Konstrukcja bomby plutonowej jest oczywiscie bardziej skomplikowana i wymaga precyzji ale bez przesady - sam zobacz to co wrzuciłes - te pierwsze bomby składali ręcznie jacys lamerzy swiezo po studiach którym trzesły sie łapy, wypadały bloczki, śrubokręty etc... niema tam żadnych laserów itp... ten wynalazek ma juz 70lat i pochodzi z czasów lampowej elektroniki, samolotów na śmigła i telefonów na korbke :lol:

Bomby termojądrowe to inny rozdział - tu najwiekszym wyzwaniem jest konstrukcja ładunku i pomysł albowiem istnieje wiele koncepcji na to - oczywista sprawą tu jest posiadanie rozwinietego programu jadrowego gdyz wymagane są izotopy wodoru ktore produkuje sie w reaktorach jądrowych - chodzi o tryt - ten izotop jest dosc nietrwały - jego czas połowicznego rozpadu wynosi coś ok 12 lat wobec czego trzeba stale utrzymywac produkcje i program jądrowy. Ciekawą koncepcją stosowaną w obecnych bombach termojądrowych opracowaną w dawnym CCCP była kontrukcja oparta na tzw konfigiuracji Ulama/Tellera gdzie paliwem jest deuterek litu. Tryt potrzebny do reakcji termojądrowej powstaje w momencie samej explozji z napromieniowania izotopów litu6 i 7 neutronami.
Re: Diabelski rdzeń - czyli o broni atomowej i śrubokręcie Napisane: piątek, 14 paź 2016, 11:26
MAG

reputacja bardzo dobra
Orbita Czarnej Dziury
Ostatnio widziany(a):
poniedziałek, 25 cze 2018, 20:02
 
   
0
Re: Diabelski rdzeń - czyli o broni atomowej i śrubokręcie Napisane: piątek, 14 paź 2016, 20:34
szczyglis
Avatar użytkownika
reputacja mistrzowska
OFICER TECHNICZNY
Ostatnio widziany(a):
sobota, 27 kwi 2019, 06:40
 
   
0
Nie ma się czym martwić, taki Yellowstone może nas zabić natychmiast. ;)
Jakby przestrzegali choćby podstawowych zasad BHP, to by nie doszło do tego incydentu (przypominam - pierwszy upuścił sztabkę z wolframu na plutonowy rdzeń, czym zapoczątkował reakcję łańcuchową, drugi z nich ten wysoce efektowny wyczyn powtórzył, tylko już nie cegiełką, a śrubokrętem). Gdyby robili to bezpieczniej, to do tych wypadków by nie doszło. Uran, czy pluton sam w sobie jest niegroźny - można sobie go nawet trzymać w domu pod łóżkiem, głaskać, polerować i szeptać mu czułe słówka - nic się nie stanie.

Póki nie zapoczątkuje się reakcji, to jest to tylko kawałek ciężkiego metalu.

A, czy skutkami powinniśmy się martwić na przyszłość? Myślę, że jak najbardziej. Powinniśmy mieć takie "przyszłościowe BHP" jeśli chodzi o kilka spraw. Bo to "kiedyś" w końcu będzie tym "dzisiaj", a wtedy może już być na pewne sprawy za późno. Niestety, takie tendencje obserwuje się wszędzie, a już szczególnie w polityce - byleby teraz się nachapać, a później niech się inni martwią. A, że jedno przekłada się na drugie, to tutaj jest jak jest - jak to śpiewał paradoksalnie obecnie już sam w tym wszystkim ubabrany poseł Paweł:


„Bądź dobrej myśli, bo po co być złej.“ Stanisław Lem
Re: Diabelski rdzeń - czyli o broni atomowej i śrubokręcie Napisane: sobota, 23 wrz 2017, 10:32
neo
Avatar użytkownika
reputacja mistrzowska
Na Nibiru
Ostatnio widziany(a):
piątek, 15 cze 2018, 16:32
 
   
+1
... poniewaz temat jest na czasie w związku z wyczynami koreanskiego przywódcy Kim Dzong Una popatrzmy jak przebiegała ewolucja budowy ładunków nuklearnych i ich postępująca miniaturyzacja:

Od pierwszej próbnej eksplozji 70 lat temu broń jądrowa przeszła wielką ewolucję. Na wymyślanie i produkowanie coraz potężniejszych bomb przez całą zimną wojnę wydano trudne do oszacowania pieniądze. Dzisiejsza broń jądrowa jest niemal całkowicie różna od pierwszych, bardzo prymitywnych, ładunków zrzuconych na Japonię. Co więcej, w laboratoriach mocarstw bez rozgłosu nadal są prowadzone badania nad tym, jak uczynić broń zagłady jeszcze skuteczniejszą....

http://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiat ... 61002.html

Strona 1 z 1 [ Posty: 7 ] Utwórz nowy wątek   Odpowiedz w wątku  

POKŁAD KAJUT TEMATYCZNYCH Nauka

Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników
Skocz do:  
Szukaj:
Wyświetl posty nie starsze niż: Sortuj wg
cron


wysyłanie...czekaj...


Powered by phpBB © 2002, 2006 phpBB Group
upgraded by szczyglis /2017/ v. 3.13 | 22.12.2017 [ Dziennik zmian ]
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Strefa czasowa: UTC + 1
[ Time : 4.651s | 34 Queries | GZIP : Off ]